Praca w liniach lotniczych kojarzyła się z wielkim bogactwem, prestiżem i podróżowaniem za darmo. W kryzysie firmy zmieniają sposób wynagradzania pracowników, przez co ludzie się buntują. Związkom łatwo przychodzi decyzja o strajku, bo wiedzą one, że rząd Wielkiej Brytanii czy innego dużego kraju nie dopuści do bankructwa swoich sztandarowych linii lotniczych
Po 11 września rynek lotniczy potrzebował pięciu lat, żeby wrócić do poziomów sprzed ataków. Potem przyszły epidemie różnych gryp i kryzys finansowy, przez co branża wpadła w kolejne tarapaty.
W trudnej sytuacji linie lotnicze przechodzą proces restrukturyzacji. Zarówno British Airways i Lufthansa, jak i AirFrance KLM, żeby się wzmocnić, mocno inwestują i przejmują mniejsze linie lotnicze.
Podłoże protestów różni się w zależności od linii. Piloci Lufthansy zapowiadają strajk, ponieważ boją się o miejsca pracy po przejęciu przez firmę linii austriackich i belgijskich. Z kolei w British Airways piloci zgodzili się wcześniej na ustępstwa, dostali nawet akcje firmy, które w przyszłości będą mogli zamienić na gotówkę, ale protest rozpoczął personel pokładowy. Pracownicy tego sektora nie byli przesadnie wynagradzani i w sytuacji, kiedy gospodarka Wielkiej Brytanii jest na minusie, sytuacja zaciskania pasa jest ciężka do zaakceptowania.
Z kolei w Alitalii protestują wszyscy - piloci, personel bagażowy i pokładowy. Ale to jest wyjątkowy przypadek i Alitalia jest najczęściej strajkującą linią lotniczą w Europie.
Czytaj całość artykułu autorstwa Adriana Furgalskiego na stronie wyborcza.biz
Źródło: wyborcza.biz / dlapilota.pl


